Płyną na Barce
Mira Fiutak
Dwadzieścia lat temu Zbigniew Ściana pracował na Śląsku. Kilka lat później był już na Pomorzu, tam zaczął trzeźwieć, ale ciągle nie widział celu. Trafił do siostry franciszkanki w Warszawie. Wysłuchała, niewiele powiedziała. Niedługo dostał list: niedaleko Poznania jest „Barka”, żyją jak pierwsi chrześcijanie. Pojechał ich zobaczyć. To było dwanaście lat temu.
We Władysławowie, 50 kilometrów od Poznania, grupa, o której pisała franciszkanka, mieszkała już trzy lata. Do budynku dawnej szkoły, który przez dwadzieścia lat stał pusty, wprowadzali się w szczególnym czasie. Był rok 1989, obrady Okrągłego Stołu, kraj zmierzał do wolności. Barbara i Tomasz Sadowscy, poznańscy psycholodzy, wiedzieli, że wraz z transformacją w społeczeństwie pojawią się osoby, które nie zabiorą się z innymi. Nie nadążą, pogubią się. - Chcieliśmy stanąć po ich stronie - mówią. Prowadzili w Poznaniu kluby dla osób, które miały za sobą pobyt w szpitalu psychiatrycznym. Zebrali wśród nich 20-osobową grupę, wynajęli swoje poznańskie mieszkanie i razem z córkami zamieszkali we Władysławowie.
- Wiedziałem, że oni nie potrzebują technik psychologicznych, ale człowieka, który może trochę lepiej rozumie otaczającą rzeczywistość. I że trzeba rozmawiać bezpośrednio o problemach, a nie za pomocą testów - mówi Tomasz Sadowski, dzisiaj prezes Fundacji Pomocy Wzajemnej „Barka”, która powstała rok później.
Wspólna praca, stół i pieniądze Dom we Władysławowie wygląda jak mały dworek. Gmina wydzierżawiła go, bo nikt nie chciał tej ruiny. Nie wywiesili żadnej tabliczki, nie powołali kierownika ośrodka. I wiedzieli, że na pewno nie będzie to schronisko, a coś na kształt wielopokoleniowej rodziny. Razem pracowali, siadali do stołu, mieli wspólne pieniądze. Dziś o pierwszych doświadczeniach i tym, co powstało w następnych piętnastu latach, opowiadają podczas corocznego Światowego Szczytu Ekonomicznego w Davos, na który są zapraszani. A uczestnicy z krajów zachodnich dziwią się, że w tej części Europy istnieją tak dobrze działające organizacje pozarządowe z programem wzajemnej pomocy.
Pewnego dnia do „Barki” we Władysławowie zapukał Zbigniew Ściana. Postawił bagaż, już miał sięgać do kieszeni po dowód. Ale nikt nie pytał o dokumenty, za to od razu skierował do pracy z innymi. Usiedli dopiero wieczorem. Przy wielkim stole, na całą długość holu. Łączyło ich jedno - nie mieli innego domu, poza tym. Najmłodsza mieszkanka miała dwa latka, najstarsza 96. - Dziewczynka gramoliła mi się na kolana, a ja dziwiłem się, bo przecież mnie nie zna - wspomina Zbigniew. - A babcia mówiła wszystko wprost i gnała ścierką do pacierza.
Został zastępczym ojcem 12-letniego Piotrka. Ratował go przed Pogotowiem Opiekuńczym: - To była siła wspólnoty, że mogłem podejmować takie decyzje. Inaczej nigdy bym tego nie zrobił. Dzisiaj pod dachem „Barki” w dwudziestu ośrodkach w Polsce mieszka około 650 osób. Od województwa lubuskiego, po okolice Cieszyna i Strzelec Opolskich, gdzie z bezdomnymi zamieszkał ks. Józef Krawiec. Najwięcej domów jest w niedaleko Poznania, gdzie Stowarzyszenie Pomocy Wzajemnej „Barka” ma siedzibę. W hostelach prowadzonych w Poznaniu mieszka blisko 250 osób. Władysławowo jest dziś domem dla najsłabszych, którzy nie mogą pracować. Kto ma rentę, 75 procent oddaje do wspólnej kasy, kto pracuje, oddaje połowę. Za dom odpowiadają Iwona i Zdzisław Molendowie. Poznali się w Barce. Wesele mieli na sto osób. Bezalkoholowe, bo w domach „Barki” obowiązuje abstynencja. W tym roku minęło pięć lat, odkąd Iwona nie pije.
Socjalne zatrudnienie, socjalne budownictwo Bardzo szybko okazało się, że wspólnota - poukładanie relacji społecznych, problemów psychicznych - to tylko pierwszy krok w powrocie do społeczeństwa. Powstawały więc kolejne programy: socjalno-edukacyjny, zatrudnienia i, ostatni, budownictwa socjalnego. Rocznie objętych jest nimi około pięciu tysięcy osób. Tych, którym „Barka” pomaga, tak żeby same mogły sobie pomóc. A odbudowując swoje życie, mogły pomóc jeszcze innym. Na wsiach „Barka” prowadzi gospodarstwa rolne, w Poznaniu istnieje Spółdzielnia Socjalna „Darzybór”, w której pracuje około czterdziestu osób. W warsztatach ślusarskich, stolarskich, szwalniczych, introligatorskich i sklepach. Bezrobotni jeżdżą rikszami po dwóch największych poznańskich cmentarzach. Przez dwa lata sprawdzali bilety na Międzynarodowach Targach Poznańskich.
Niedaleko spółdzielni realizowany będzie projekt budownictwa socjalnego - powstanie osiedle drewnianych domków. Prosta konstrukcja pozwoli przyszłym mieszkańcom uczestniczyć w ich montażu pod nadzorem fachowców. Miasto wydzierżawiło „Barce” teren pod budowę. Wokół tego projektu zawiązała się też grupa propagująca ideę taniego budownictwa socjalnego. Janina Brzeskwiniewicz prowadzi jeden z dwóch poznańskich sklepów z rzeczami z drugiej ręki. - Jestem na emeryturze, lubię pomagać. Mam to w sobie, więc przyjeżdżam tu codziennie z Raszyna - mówi. W Poznaniu znają te sklepy, ludzie dzwonią i zgłaszają rzeczy, których już nie potrzebują, a „Barka” przewozi je do swoich magazynów. - To jest takie poznańskie działanie, bardzo dobrze umocowane w tutejszej mentalności. Ktoś pozbywa się rzeczy, komuś to się jeszcze przydaje, a dzięki temu ktoś inny ma pracę. Coś podobnego można robić w każdym nieco większym mieście - mówi Marek Jakubowski, który w „Barce” kieruje działem przedsiębiorczości.
Pół roku temu przyszło do niego kilku pracowników, żeby zawiązać stowarzyszenie. Nazwę już mieli: „Nasz Dom”. Od tego czasu w dużych pomieszczeniach budynków, gdzie mieści się Spółdzielnia, dawniej należących do MPK, budują sobie mieszkanka - małe, pokój z wnęką kuchenną. Fundacja daje tylko cement i piasek, resztę wyszukują sami, pozostałości z budowy, połówki cegieł.
W szkołach „Barki” Pomysł na spółdzielnie socjalne, zatrudniające bezrobotnych, Fundacja wzoruje na systemie włoskim, który powstał tam w latach 70. Wydaje się najbardziej odpowiedni do naszej obecnej sytuacji na rynku pracy. Ten, kto do „Barki” przychodzi po pomoc, kierowany jest do Szkoły „Barki” im. H. Ch. Kofoeda, funkcjonującej na wzór podobnej prowadzonej od 70 lat w Kopenhadze. Dziś Polska przypomina Danię sprzed 70 lat - mówią Duńczycy. Na razie szkoła mieści się w niskich barakach przy ul. św. Wincentego, może już za pół roku przeniesie się do nowego budynku, którego budowę finansuje Fundacja Pomocy Biednym Rodzinom w Polsce powołana przez żonę ambasadora Danii. Szkoła prowadzi kursy komputerowe i językowe, szkolenia zawodowe i dokształcające. Bezrobotni zdobywają konkretne umiejętności, ale wielu uczy się również samego nawyku pracy. Dostają posiłki i potrzebne rzeczy z magazynu. Dla dzieci prowadzone jest przedszkole.
Tuż przy bramie wjazdowej stoi drewniany krzyż, podobny do tego przed domem we Władysławowie. Tu znajduje się punkt interwencyjny, dyżuruje prawnik i terapeuta. Dziennie zagląda tu do ośmiu osób. Teraz, kiedy nastały mrozy, starają się nikogo nie odsyłać. Tuż obok - ambulatorium, gdzie przyjmuje ginekolog, stomatolog. Na stole kartony pełne leków, które przyszły z Francji.
- Właśnie zaczyna się trudny okres dla mnie i bezdomnych. Odmrożenia, zapalenia płuc, te antybiotyki bardzo się przydadzą - Krystyna Dymaczewska pochyla się nad ulotkami leków, które musi przetłumaczyć. Jest pielęgniarką, od pięciu lat prowadzi ambulatorium. Rocznie trafia tu kilka tysięcy chorych z ulicy. Ci, których nigdzie nie chcą. Niektórych podrzucają szpitale, zdarzyło się, że po trepanacji czaszki czy amputacji kończyn.
Nikogo nie wolno zgubić Bywają tygodnie, że „Barkę” odwiedzają dwie, trzy grupy zainteresowane wypracowaną przez Fundację formą pomocy osobom wykluczonym ze społeczeństwa. Właśnie przyjechał wiceprezydent Ostrowca Świętokrzyskiego z osobami zajmującymi się pomocą społeczną w mieście. - Reintegracja społeczna jest możliwa do urzeczywistnienia - mówi z naciskiem Tomasz Sadowski. - Jednak nie z taką filozofią pomocy społecznej, jaką mamy, ale aktywną. I z wyraźnym zwrotem w kierunku społeczeństwa obywatelskiego. Tym działaniom musi towarzyszyć niezgoda na wykluczenie społeczne pewnej grupy jako naturalny proces. Trzeba zabierać wszystkich, żeby nikt nie został z tyłu. Bo kiedy ten margines się poszerzy, będzie źle, a może też być niebezpiecznie. Chętnie „sprzedają” swoje doświadczenia, idee, a nawet nazwę lokalnym animatorom takich działań w różnych regionach kraju. W ramach „Barki” istnieje Szkoła Animacji Socjalnej, podobna do dawnych Uniwersytetów Ludowych, gdzie można się nauczyć na przykład, jak zakładać stowarzyszenia, pozyskiwać fundusze, aktywizować innych. Do tego nie potrzeba wielkich środków, dlatego w terenie powstają „małe” SAS-y, czasem skupione wokół jednego społecznika.
Sadowscy jako wyraźny krok naprzód w organizowaniu pomocy socjalnej wymieniają Ustawę o działalności pożytku publicznego i wolontariacie oraz Ustawę o zatrudnieniu socjalnym, które powstawały na podstawie doświadczeń „Barki”. Wkrótce w Polsce będzie działać około dwudziestu Centrów Integracji Społecznej, dwa z nich będą „Barki”. Miejskie - w Poznaniu i dla terenów wiejskich - w Chudopczycach.
Odrzuceni ratują odrzucone To mała wioska, około stu mieszkańców. Autobus tu nie dojeżdża. Berta z Hiszpanii pyta w mailu, czy w Chudopczycach jest bank. Berta studiowała filozofię w Madrycie. Irlandka Angela - ochronę środowiska w Dublinie. Teraz obie są wolontariuszkami w Chudopczycach.
W dwóch blokach, pozostałości po PGR, mieszkają barkowicze. Stuletni pałacyk jest miejscem szkoleń i spotkań. „Barka” kupiła 60 hektarów, a 400 następnych wydzierżawiła od Agencji Własności Rolnej Skarbu Państwa. Prowadzi tu gospodarstwo ekologiczne. Cztery hektary sadu - wszystko stare odmiany jabłoni o niezwykłych nazwach - Cesarz Wilhelm, kalwilla czy kosztela. - Takie jak u naszych babć, z jabłkami z robakiem - Zbigniew Ściana oprowadza po gospodarstwie. Hodują ginące rasy zwierząt, na zasadzie: „odrzuceni ratują odrzucone”. Hodowli uczyli ich pracownicy akademii rolniczych, amerykańscy i francuscy farmerzy. Amerykanie pomogli zbudować wielkie pastwiska - 16 hektarów ogrodzonych siatką. Od wiosny do jesieni - wszystkie zwierzęta, również świnie, żyją na pastwiskach.
W Chudopczycach mieszka 60 osób, inaczej niż w małych wspólnotach. W przyszłości będzie to miejsce o charakterze szkoleniowo-terapeutycznym, czyli przejściowe. - W tak dużej grupie trudno spotkać się z każdym twarzą w twarz - mówi Krystyna Dorsz, która jest odpowiedzialna za to miejsce. Polonistka, dziesięć lat temu zaczęła pracować w „Barce”. Ma mieszkanie w Poznaniu, ale od 1999 roku z mężem i sześcioletnią córką mieszka w Chudopczycach. O bezdomnych mówi: - Tak naprawdę nikt nie chce żyć w kanale. Ale nie poradzi sobie sam, trzeba mu pomóc.
Prowadzona jest tu terapia dla uzależnionych. Regionalny Ośrodek Socjalno-Edukacyjny aktywizuje i pomaga zorganizować się lokalnym organizacjom powiatu międzychodzkiego. Ideę „Barki” przekazują też na Wschód. We Lwowie powstała już Fundacja Pomocy Wzajemnej „Oselia” (oselia znaczy dom z sercem). Programem na Wschód zajmuje się Anna Cąkała. Pochodzi ze Słupska, jest po studiach związanych z pomocą społeczną. Mama nie może zaakceptować tego, że pracuje i mieszka w takim miejscu. - Nie wiem, jak długo tu zostanę - mówi. - Nabywam tu doświadczenia, którego nigdzie bym nie zdobyła. Ta praca daje też satysfakcję, jak mało która. I kiedyś będę mogła powiedzieć, że nie byłam tylko miłą panią z okienka.
Barka - błogosławieństwo Boga Barka - wyławianie tonących, zabieranie na pokład. Tak myśleli piętnaście lat temu. Potem okazało się, że barka to również coś mało ekskluzywnego, przewożącego niezbyt atrakcyjny towar. Ostatnio Arabowie powiedzieli im, że w ich języku słowo to oznacza błogosławieństwo Boga.
Tygodnik „Time” umieścił ich na liście „europejskich bohaterów”, których działania zmieniają rzeczywistość. W konkursie Globalnej Sieci Rozwoju o nagrodę Banku Światowego zajęli drugie miejsce wśród zgłoszonych 200 organizacji z całego świata. Tomasz Sadowski o nagrodach mówi - to promocja tematu, nie wynik sportowy. Chwile, kiedy myśli „warto było”, to zawsze te związane z konkretną osobą: - Która była głucha i niewidoma, a nagle zaczyna mówić i widzieć. W tym otoczeniu sama z siebie odzyskuje nowe spojrzenie na własne ułomności, na przeszłość i przyszłość. I do tego widzi, że może przydać się i pomóc innym. To jest cud prawdziwy.
Zbigniew Ściana zanim zamieszkał w Chudopczycach, był w domu „Barki” w Marszewie. Tam do brata przyjeżdżała Katarzyna: - Przy posiłkach siadaliśmy naprzeciw i oczy nam się krzyżowały. A potem okazało się, że mamy wspólne plany. Ślub wzięli już tutaj, mają półtorarocznego Jakuba i dwumiesięcznego Mateusza: - Chciałbym uzyskać finansową stabilizację. Taką, że zarabiam i płacę za swoje życie. Chcę, żeby dzieci dorastały w normalnych warunkach. Wierzy, że znajdzie w Chudopczycach pracę. I że stanie się to już niedługo.
|